Sidła

Autor: Wanda Szczypiorska, Gatunek: Proza, Dodano: 13 sierpnia 2010, 21:25:27

 

 

 

 

 

 

 

 

 

                                             Sidła

 

Pracę na czas wakacji w Prezydium Powiatowej Rady dostałam po znajomości.

Wydział Zdrowia mieścił się w budynku B Powiatowej Rady.   Weszłam  do pokoju zastawionego ciasno biurkami, a tam wskazano mi drugi, mniejszy, gdzie siedział mój przyszły szef – doktor P.. P. wstając na powitanie popatrzył na mnie przenikliwym wzrokiem głodnej jaszczurki. Ja też mu się przyjrzałam. W nieokreślonym wieku, stanowczo za stary, 40, może 45, z ptasią główką, niedużą, łysawą, w przykrótkich spodniach…  Złagodził wyraz twarzy, zamienił go na przyjemny uśmiech. Z góry wiedział, że mnie przyjmie, to było już ustalone, ale i tak mój wiek i wygląd prawdopodobnie mile go zaskoczyły.

Nie czekałam długo na załatwienie formalności. Ankieta, świadectwa, badania lekarskie, angaż. Biurko i zakres obowiązków. Starzy pracownicy, skromne panie ubrane schludnie i panowie w mniej schludnych garniturach, przyjęli mnie bez niechęci. Zostałam instruktorem i mogłam rozpocząć urzędowanie. Poznawałam nieznane mi dotąd dźwięki, zapachy, nagłe ożywienie, kiedy powstawał konflikt na korytarzu i wlokący się bezruch. Oczekiwanie na koniec dnia.

 

Doktor P. jeździł w teren służbową warszawą, a więc, prosiłam o podwiezienie doktora P. Zgadzał się (czemu nie?) traktując mnie z wyniosłą pobłażliwością. Samochód, garbatą warszawę prowadził pan Stasio, zawodowy kierowca, człowiek arogancki i nieprzystępny. Często dosiadał się jeszcze ktoś. Jeśli to był inspektor czuwający nad stanem higieny w restauracjach, to  nigdy z nami nie wracał, kończył swoją trasę kompletnym zamroczeniu alkoholowym. Jeśli dosiadała się inż. Bułka, fachowiec od instalacji wodno kanalizacyjnych – było weselej. Podczas,  gdy ona pobierała próbki wody z chłopskich studni, można było rozprostować kości, rozejrzeć się, wysłuchać lamentów gospodarzy. Ja i doktor P. mięliśmy wspólny cel. Moim zadaniem była kontrola zeszytów, w których lekarz zapisywał pogadanki na tematy medyczne, wygłaszane do pacjentów stłoczonych przed gabinetem w poczekalni (sprawdzałam tylko daty), a doktor P. wizytował Ośrodki ogólnie. Wnikliwie przyglądał się wnętrzom, potem długo rozmawiał na osobności z kierownikiem, na ogół dobrym znajomym. Rzadziej wrogiem.

Wracaliśmy zwykle późnym popołudniem, trochę bardziej zbratani, ale raczej na dystans, ja wciąż jeszcze onieśmielona. Minęło kilka dni, może dwa tygodnie, nieoczekiwanie coś się zaczęło dziać pomiędzy mną, a doktorem P.; czułam na sobie jego wzrok. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Być może zjawiłam się tak nagle, z obcego mu świata, przyszła artystka, ktoś niezwykły… Ale dla mnie on też był zagadką. Nieco odrażającą, ale pociągającą zarazem. Widać również niezbyt pewny siebie, rozmawiał ze mną trochę tak, jak z dzieckiem, albo z kimś, do kogo trzeba się przystosować. Obserwowałam go. Inteligent. Lubił czytać historie wojen, nie ze względu na martyrologię, raczej strategię i taktykę. Podobno miał spory księgozbiór. Próbowałam dyskretnie dowiedzieć się czegoś o nim od pań w biurze. Wiedziałam już – nie żonaty, ale nie całkiem samotny. Od dawna związany z czarnooką, zamężną dentystką. Jej mąż, ona i doktor P. stanowili dziwaczny trójkąt. Dentystka nie kryła poufałości w kontaktach z doktorem P. – to widziałam na własne oczy, jej mąż nie okazywał zazdrości (przynajmniej publicznie), a doktor P. bardzo cenił męża. Cały ten układ od dawna  kręcił się w łagodnym rytmie.

 

(minęło lato - oj działo się działo)..........................................................

 

 

Pod koniec tygodnia inżynier Bułka zaprosiła znajomych, mnie również, na prywatkę do brata, lekarza, z okazji wydarzenia naprawdę wyjątkowego – brat właśnie dostał talon na wartburga. Doktor Bułka mieszkał w bloku, w prawdziwym mieszkaniu z łazienką. Inżynier nocowała tam od czasu do czasu, kiedy nie chciało jej się wracać na wieś.

Przyjechałam nieco spóźniona – goście już się zebrali. Rozbierając się w  korytarzyku usłyszałam gwar dochodzący z pokoju. W medycznym światku wszyscy się znali, a ja byłam nowa i zbyt młoda, jak na to towarzystwo. W pierwszej chwili stałam się atrakcją, która jednak szybko się opatrzyła. Goście siedzieli wokół dużego, rozstawionego stołu pełnego zakąsek, sałatek, śledzików i butelek koniaku. Żona doktora, również lekarz, wyjechała do Bułgarii po kożuch – pomiędzy stołem a kuchnią krzątała się inżynier Bułka, zaaferowana i radosna. Rozmawiano, jak zwykle, o głupocie pacjentów – niewyczerpanym źródle lekarskich anegdot. Potem, kiedy gwar zaczął się zlewać, a niektórzy zapomnieli o ostrożności, półsłówkami o sprawach dla mnie niejasnych, bo dotyczyły ważnych osób w powiecie, nie wymienionych z nazwiska – wszystko w domyśle. Najlepiej wydawał się być poinformowany doktor P., ale robił wrażenie niezwykle dyskretnego. Tylko bardzo delikatne aluzje. Nikt nie miał mu tego za złe, wręcz przeciwnie. Był tu osobą ogólnie poważaną, chociaż od dawna nie praktykował jako lekarz.

Siedzieliśmy obok siebie. W ten sposób usadowił nas doktor Bułka. P. nalewał mi koniak do kieliszka. Na twarz wystąpiły mu nienaturalne rumieńce. Było duszno, sino od dymu. Gospodarz usiłował otworzyć okno mocując się z ramą. Wreszcie się udało.

Po kilku kieliszkach koniaku miałam poczucie ciepła, bliskości, duchowej wspólnoty z doktorem P., byłam pod jego opieką, interesował się mną, wiedziałam o tym, chociaż inni mogli tego wcale nie zauważyć. Nie włączałam się do rozmowy, na to byłam zbyt onieśmielona; miałam wrażenie, że gdybym się odezwała mój głos nie byłby słyszalny, tak jakbym niemo poruszała ustami – nikt by na to nie zwrócił uwagi. Rozmowa przestała już być ogólną wymiana zdań, porobiły się grupki, w których rozmawiano pomiędzy sobą. Usiłowałam skoncentrować zainteresowanie to na jednej, to na drugiej, ale nie mogłam się skupić i nic nie rozumiałam, tak jakbym siedziała za szklana szybą.

Lekko chwiejąc się od zasiedzenia i alkoholu wstałam, żeby wyjść do łazienki.  Przejrzałam się w dużym lustrze czując rozczarowanie. Przed wyjściem z domu wyglądałam lepiej. Teraz oczy jak gdyby zmalały i rozszerzyły się pory twarzy. Wróciłam do pokoju jeszcze mniej pewna siebie. Goście przesiedli się na kanapę, niektórzy stali, każdy brał, co chciał ze stołu, a doktor Bułka otworzył barek w meblościance, bo okazało się, że zabrakło koniaku, wyjął dwie butelki i szybko go zamknął.

Muszę nabrać pewności siebie. Muszę. Gdzie jest doktor P.? Siedział w fotelu. Nalałam sobie pełny kieliszek i usiadłam na poręczy fotela – głowa doktora P. znalazła się poniżej mojego ramienia. Dlaczego nic nie mówi? Dlaczego się nie odzywa, tylko patrzy przed siebie, jakbym była nieobecna? Zauważyłam, że drga mu kolano. Ktoś go zagadnął, włączył się z ożywieniem do rozmowy. Wypiłam całą zawartość kieliszka i po chwili miałam przykre uczucie, że do twarzy przylepił mi się nienaturalny uśmiech, jak skurcz, którego nie mogę się pozbyć. Ludzie kołysali się, przemieszczali, co rusz wyłaniała się jakaś twarz, na której starałam się skupić uwagę, po czym znikała z pola widzenia. Wydawało mi się, że gości jest mniej, gdzieś się podziali… Powychodzili? Uświadomiłam sobie, że muszę wracać do domu, bo ucieknie mi ostatni autobus. Inżynier Bułka, która teraz była moją serdeczną przyjaciółką... Katarzyna… tak Katarzyna miała na imię – znalazła się w pobliżu. Powiedziałam, że muszę do domu. Ależ nie, w takim stanie to wykluczone, są dwa pokoje, nie ma problemu, mogę zostać. Poczułam ulgę. Doktor P. nie ruszył się z fotela. On też nie mieszkał w O., ale nie zastanawiałam się, jak wróci do siebie, wcale mi to nie przyszło do głowy. Siedzieliśmy we czwórkę. Jak to się stało? Czułam, że nie przełknę już ani kropli alkoholu. Byłam tak zmęczona, że mogłabym zasnąć byle gdzie. Zauważyłam, że siedzę na kanapie obok doktora P. i opieram się o niego całym ciałem, chociaż nie sprawia mi to przyjemności, jest jakiś twardy, kanciasty, a potem to mija i jestem sama. Trzeźwieje, czując jednocześnie narastający ból głowy. Inżynier Bułka – Katarzyna mówi do mnie, że będę spała w sąsiednim pokoju, a ona z bratem – tu. W korytarzu są drugie drzwi do małżeńskiej sypialni. Wchodzę tam. Ktoś je zamyka za mną.

A tam, na szerokim małżeńskim tapczanie, leżał doktor P. rozebrany do skąpego podkoszulka, przykryty kołdrą do polowy. Lewą rękę wyciągnął w poprzek łóżka w geście zaproszenia. Taka sytuację przeczuwałam przez cały czas, może nawet chciałam, żeby tak się stało, ale to był inny doktor P.. Nie ten pożądany, nieco ironiczny i powściągliwy, inny, jakiś żałosny. W podkoszulku, z gołymi rękami, z wypukłą, chudą klatką piersiową i z takim wyrazem twarzy… Wiedziałam – muszę podejść do łóżka. Rozebrać się? Wykluczone. Paliła się nocna lampka. Usiadłam na łóżku jakoś tak niewygodnie. Doktor P. przygarnął mnie do siebie, wydawało się, że muszę upaść na niego całym ciałem, ale nie, zaparłam się, zesztywniałam. W tej szamotaninie jego ruchy były nieporadne, a ręce, to wpijały się we mnie, to przypominały macki. Kołdra zsunęła się, zobaczyłam granatowe gacie do kolan i chude nogi. Nie  mogę, nie, nie mogę. Ale dlaczego? Po prostu. Nie mogę. Jest mi niedobrze. Wyjść, wyjść jak najszybciej. Jest noc. Jest mi niedobrze, to znaczy – mdli. Doktor P. trzyma mnie jak w szponach. To nie jest doktor P. Jego mała główka, pomarszczona szyja i ostry nos są takie odrażająco ptasie. I ta pokorna prośba w oczach… Okropne. Wyjść, wyrwać się wreszcie. Jestem przy drzwiach, a potem na korytarzu. Zrywam z wieszaka płaszcz, nie wiem, gdzie jest torebka. Nie mogę otworzyć wyjściowych drzwi. Jak się to otwiera? Wreszcie wolna. Zbiegam na dół.

Nie miałam zegarka. To był z pewnością środek nocy. Chłodna noc. Droga do domu prosta, szosą dziesięć kilometrów, na skróty bliżej, ale przez las. Pojdę szosą. Ruszyłam przed siebie.

 

W poniedziałek inżynier Bułka przyniosła moją torebkę nie pytając o nic. Doktor P. Był nieuchwytny. Wczesnym rankiem wezwał pana Stasia i pojechał w teren zupełnie sam. Nie widziałam go przez cały dzień. Czekałam w swoim pokoju, zerkając w okno. Zjawił się dopiero następnego dnia i nie wychodził na korytarz. Domyśliłam się, że mnie unika.

Pewna swojej przewagi, zapukałam do jego gabinetu. Miał zwyczaj krzyczeć głośno zza drzwi: wejść! Weszłam. Oczekiwałam czegoś innego. Zobaczyłam doktora P. obcego i wyniosłego. Nie wiedziałam, po co tu przyszłam. Gwałtownie szukałam jakiegoś pretekstu. I wtedy to przyszło samo. Powiedziałam, że muszę złożyć wymówienie i wrócić na studia. Trochę zawaliłam, ale może się uda. Czy za porozumieniem stron..?

Doktor siedział sztywno i nieruchomo, pogrążony w papierach. Co robić? Może wyjść? Kiedy podniósł na mnie wzrok, oczy miał zaczerwienione i zmętniałe. Płakał?

- Dobrze – powiedział cicho.

 

Stało się. Moja decyzja dla mnie samej była przykrym zaskoczeniem, a jednak po namyśle wydała się słuszna. Miałam już trochę pieniędzy, mogłam kupić zimowe buty. A zresztą – jakoś będzie. Może uda się zarobić dorywczo. Byłam podniecona, zarówno swoim postanowieniem, jak i niewątpliwą przykrością, jaką ta nagła zmiana sytuacji wyrządziła panu P…

I czegoś było mi bardzo szkoda. Studia to szklany klosz, bytowanie nierealne, a tu było prawdziwe życie, zwykli ludzie. I doktor P.

Zostać w tym świecie na zawsze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze (10)

  • "kończył swoją trasę ( w ?) kompletnym zamroczeniu alkoholowym."
    "ogólną wymiana (ą?) zdań," -

    Pani Wando, z przyjemnością przeczytałam - będzie dalszy ciąg?
    serdecznie)

    • m c
    • 13 sierpnia 2010, 21:59:37

    Bardzo dobra proza. Bohaterka pewna siebie i bardzo rezolutna. Kobieca.Nie dała szans facetowi - brzydalowi. Nie był w jej typie. Tak postępują silne kobiety. Doktorek z moralniakiem wielkim jak Sahara, poddał się, odczuł dotkliwą porażkę.

    "Byłam podniecona [...] niewątpliwą przykrością, jaką ta nagła zmiana sytuacji wyrządziła panu P"
    Ale tego nigdy nie mogę zrozumieć w kobietach.

  • Pani Wando czytałem z wypiekami na twarzy... te granatowe gacie doktora P mówią za siebie.:):)
    Bardzo dobre.

  • Tak pani Ewo, ja mam kłopoty z błędami składni. Piszę na słuch i czasami coś trzeba wydłużyć o kilka sylab. Niestety tu nie ma edytora, więc chyba nie poprawię..

  • Maksiu. Kobiety mają taką podskórną, nieuświadomioną, być może, chęć odwetu i głęboko ukryte pragnienie dominacji. Dlatego mężczyźni często czują się pokrzywdzeni.

  • Ale czy wszystkie kobiety?? :):)

  • Zapamniałam poinformować, że to są dwa fragmenty opowiadania ;początkowy i końcowy

  • Opowiadanie czytałam wczoraj i przyznam, że poza historią, poza świetnie podaną anegdotą, duże wrażenie zrobiły na mnie portrety, wykonane z dodatkowym refleksem odautorskim. Czytanie pani tekstów, to jest poza przyjemnoscią - zawsze przygoda i niezwykła podróż.

  • Podoba sie :)))

  • Ech ten wykropkowany środeczek kiedy sie działo oj działo juz mnie nęci:):)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się