Powrót - fragment opowiadania

Autor: Wanda Szczypiorska, Gatunek: Proza, Dodano: 17 sierpnia 2010, 07:13:18

****

              Jak wrócić? Jak wtopić się raz jeszcze w to świetliste powietrze?

              Basen jachtowy. Serdeczna przyjaciółka – Basia Sobańska. Równie jak ja oczytana i również dojeżdżająca. Była duża i niekształtna. Pamiętam ją, w jednej jedynej, granatowej znoszonej sukience. Może miała inne, ale tak ją zapamiętałam.

              Chodziłyśmy w pobliże basenu jachtowego, żeby popatrzeć zza muru na chłopców ze Szkoły Jungów. Mieli ćwiczenia z wiosłowania. Spotykani w pojedynkę na skwerze, wydawali się zbyt młodzi i jacyś tacy… Ale tam, na basenie, w zdyscyplinowanej, ciasnej gromadzie, wszystko w nich było tajemnicą. Żeby być bliżej tej tajemnicy, zapisałyśmy się do klubu jachtowego Gryf. Wczesną wiosną basen był pusty, kilka jachtów należących do klubu stało na brzegu. Kazano nam je skrobać. Byłam z tego zadowolona. Córka, wnuczka, siostrzenica kapitanów Żeglugi Wielkiej, panicznie bałam się zielonej głębi.

              Jednak w końcu trzeba było zstąpić do zielono burej otchłani. Uczono nas pływać na bączku. To dawało możliwość spotkań bezpośrednich z wiosłującymi jungami. Ale bez konsekwencji. Skończyło się na chichotach. Tylko raz weszłam na jacht spuszczony na wodę. Basia, ja i niedoświadczony sternik wypłynęliśmy z basenu. Nie wiem, dlaczego w miarę jak żeśmy się oddalali, rozjaśniała się pod nami głębia. Potem coś się takiego stało, że wszyscy się przestraszyli, a najbardziej sternik, wróciliśmy z trudem, kilkaset metrów zaledwie i to był koniec. Wolałam ogladać morze ze szczytu skarpy, gdzie było nasze liceum.

             Moim pierwszym chlopcem, juz po zniknięciu Eugeniusza był Roman ze starszej klasy. Cała szkoła żyła wtedy w nieustajacym miłosnym podnieceniu. Był maj po wielkim pochodzie z kukłami Czang Kai Szeka i Adenauera, które kleilismy przez cały kwiecień.

             To zaczęło się na schodach.  On szedł do góry,  ja w dół.  Minęliśmy się, ale mieliśmy do siebie jakąś sprawę. Byłam onieśmielona. A jego nagle olśniło. Patrzyłam i widziałam, jak z sekundy na sekundę rodzi się wielka miłość. Byliśmy nierozłączni. Uciekaliśmy z lekcji. Trzymając się za ręce szliśmy w dół ulicą Czołgistów nad morze. Kiedyś w lesie, na skarpie, spotkał nas dyrektor. Ukarani, staliśmy się sławni. Nie pamiętam siebie. Pamiętam jego w brązowym, niemodnym garniturze, stale zwróconego do mnie w takim dziwnym półobrocie, jakby nie mógł się od mojego widoku oderwać. Czułam zniecierpliwienie i coś na kształt lekkiej odrazy. Ale to była wielka miłość.

              Był pierwszym chłopcem – może nie chłopcem, mężczyzną raczej w tym swoim garniturze, którego przyprowadziłam do domu. Pokazałam mu staw i wielką, dziką gruszę przed oknem. W pokoju było ładnie. Tylko w ciemnej i zakopconej kuchni czaiło się cos wstydliwego. Ale on nawet tego nie miał..

           Potem pokazałam mu miejsca dla mnie święte – wzgórza, skąd widać było wielką dolinę poprzecinaną szynami torów kolejowych, wyglądającą, jak dno olbrzymiej, wyschniętej rzeki. Na drugim brzegu tej suchej rzeki widać Chylonię, a u jej ujścia majaczyła zamglona Gdynia. Obok nas, nieco dalej w stronę Oksywia w jamach wydrążonych w piaszczystym zboczu i umocnionych, mieszkali ludzie, całe niewielkie osiedle. A w dole była rzeźnia miejska.

             Ale wśród wzgórz pełno było krzaczastych zakamarków, wyrobisk, ustronnych jarów. Łatwo o zupełną samotność. Wystarczyło zejść ze ścieżki w bok, wtulić się w zbocze. Kiedy się siedziało, nie widać było rzeźni.         Siedzieliśmy do wieczora. Leżeliśmy obok siebie. Miałam piętnaście lat. Nawet nie wiedziałam, co mogło się stać. Ale się nie stało.

             W lecie internat zamykano, wyjechał na wakacje i na jego list z wyrazami miłości, (kocham cię), odpowiedziałam chłodno i wymijająco. Po powrocie do szkoły – urażony – już mnie nie chciał. Szkoła też była inna, przeniesiona do Orłowa – nowa siedziba, obce miejsce. I ja też stałam się, kim innym. Inaczej wyglądałam. Dojrzewanie nie było dla mnie korzystne.

Komentarze (6)

  • To ci historia, Jezus, Maryja i Belzebub. Az tu iskrzy. No i te takie male dotyki na koncu niektorych fragmentow, ktore sa jak bomby. Na przyklad, "A w dole byla rzeznia miejska" albo ""Ale sie nie stalo." Bylo dobrze, a robi sie jeszcze lepiej. Dziesiec w skali Beauforta!

  • P.Wando z wielką przyjemnością przeczytałam pani kolejny tekst, rzeczywiście, podzielam zdanie p. Wezuwiusza.

    serdecznie)

  • Boskie, teleportacja w czasy minione i jak sie czyta:):) Swietliste powietrze.Ta rzeżnia upadła, potem tam był sklad złomu i makulatury. Nic prawie sie nie zmieniŁo, asfaltowa serpentyna z Pogórza Dolnego Na Górne jeszcze bardziej uwypukla owa niecke kolejowych torów niczym w kraterze wygasłego wulkanu.
    A to zdanie : Dojrzewanie nie było dla mnie korzystne- Arcy.

  • "Czułam zniecierpliwienie i coś na kształt lekkiej odrazy. Ale to była wielka miłość."
    jedna z perełek wśród wielu.
    Jak nie chwalić, jak jest za co. O, kolejne cacka:
    "Wystarczyło zejść ze ścieżki w bok, wtulić się w zbocze."
    "Dojrzewanie nie było dla mnie korzystne"

  • Bardzo delikatne, młodzieńcze.. ale mnie nie porwało.

  • Jeszcze raz wróciłem,pyszna lektura - wczoraj miałem deja vu, to opowiadanie to zarazem znakomity przewodnik po dzielnicach Gdyni dawniej zapomnianych przez Boga i ludzi wsiach- dzisiaj zastygłych w pół kroku miejscach nie utraconych ,a zarazem tętniących życiem metropolii( a raczej odpryskiem) i jazda przez całe Pogórze ( Dolne i Górne)i Obłuże autobusem 146 do Rewy via Mechelinki... Cudowne opowiadanie, jadąc owym 146 mialem własnie obrazy z "Powrotu".

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się