Niebieskie pończochy (fragment)

Autor: Wanda Szczypiorska, Gatunek: Proza, Dodano: 28 sierpnia 2010, 20:06:58

*** U profesora S. tkałam gobelin ze sznurów i to samo robił Aleksander. Och! Aleksander. Delikatny i nieprzeciętnie inteligentny – tak mówił profesor. I utalentowany. Nigdy nie zdawał do Akademii, studiuje filozofię, ale popatrzcie na jego gobelin – jaki piękny. Aleksander zarumieniony, nieśmiały, a jednocześnie pełen poczucia wyższości z odcieniem pewnego lekceważenia w stosunku do mnie. Nie tak jak Antoni, który traktował wszystko, co powiedziałam jak wyrocznię. Aleksander domyślał się zapewne, że zależy mi na jego obecności, ale nie usiłował tego wykorzystać.

 

Antoni przyjeżdżał do mnie do pracowni prosto z Politechniki obładowany tubą na rysunki. Właściwie tylko po to, żeby mnie odprowadzić do Wawra.

 

Tymczasem zima zelżała. I nie wiadomo  kiedy zrobiło się prawie ciepło.

 

Opowiadałam w pracowni gobelinu, jaka piękna jest wiosna na wsi, szczególnie tam, gdzie mieszkam, a to tak niedaleko przecież, autobusem nie cała godzina jazdy. W końcu udało mi się zaprosić Aleksandra. Miał przyjechać w niedzielę. Wiedziałam, że Antoni w tym dniu ma jakieś swoje rodzinne obowiązki; byłam wolna i mogłam spotkać się z Aleksandrem. Nie robiłam sobie zbyt wielkich nadziei. Aleksander obiecał, że przyjedzie, ale mógł przecież się rozmyślić. A jeśli przyjedzie? Czym go poczęstuję? Nie było wyboru. W grę wchodziła jedynie jajecznica. Za to nasz jedyny, bardzo ciasny pokój umeblowany był antykami należącymi niegdyś do właściciela dworu. Dwór został po wojnie upaństwowiony i mieścił się tam Dom Dziecka. Mieszkałyśmy z mamą w domku myśliwskim wciąż jeszcze należącym do rodziny nieżyjącego już właściciela. Z Domem Dziecka nie miałyśmy nic wspólnego. Wynajmowałyśmy ten pokoik. W domku zachowały się tu i tam ślady przeszłości, ale w parku nad którym pieczę powierzono Domowi Dziecka wycięto tamtej zimy długą aleję majestatycznych dębów.

 

Poszłam na przystanek o umówionej godzinie wmawiając sobie, że Aleksander na pewno nie przyjedzie. Ale przyjechał. Wysiadł z autobusu. Widocznie był ciekaw, co z tego wyniknie. ¬

 

¬- Cześć – powiedział i jak zawsze wyglądał na zażenowanego.

 

To mi się podobało, ta delikatność i nieśmiałość, którą tak starannie osłaniał tajemnice bogatego wnętrza. Przeszliśmy na drugą stronę asfaltowej drogi w stronę domku myśliwskiego. Bezlistne korony drzew na tle błękitnego nieba, nabrzmiałe od soków, czerwonawo-zielonkawe wyglądały jak delikatne wachlarze oświetlone popołudniowym słońcem. Nie wmawiałam mu, że jest pięknie na wsi, niech sam się o tym przekona. Jedyne co nas czekało, to spacer. Mieliśmy sobie zapewne dużo do powiedzenia. O sztuce? Byłam pełna podziwu dla jego inteligencji, nic pewnego na ten temat jeszcze nie wiedząc. I dla tej głębi jego duszy, na dnie, której ukryty drzemał wielki talent. Wszyscy mówili o jego wielkim talencie, szczególnie profesor S., więc należało w to wierzyć. Dla mnie Aleksander był kimś nierzeczywistym Nie wyobrażałam sobie, że mógłby mnie kiedykolwiek dotknąć. Wydaje się, że nie zamierzał.

 

Ach! Jakże ja jestem ciekawa, o czym myśmy wtedy rozmawiali. Gdyby można było przeniknąć pamięcią w tamto niedzielne popołudnie. Chwile milczenia zapewne były rzadkie i zaraz przerywane, bo milczenie w takiej sytuacji prowadzi do zbliżeń do pocałunków. Po prostu nic innego nie przychodzi wtedy do głowy, a między nami nic nie zaszło, nawet dotknięcie ręki. Spacer nie był długi, na polach musiało być zimno, a więc las, a z lasu prosto do domu. Trochę się bałam, czy sobie poradzę z poczęstunkiem. Słusznie się bałam. Mama zaczytana jak zawsze, pilnowała pokrojonej słoniny i ognia pod kuchnią, żeby nie zgasł. Reszta należała do mnie. Aleksander przez chwilę musiał pozostać sam usadowiony w stylowym fotelu, przy mahoniowym stole o wygiętych nogach tuż obok marmurowego blatu ozdobionej intarsją umywalki. Mógł zdjąć płaszcz. Było ciepło. Dużą część pokoju zajmował ozdobny, żelazny piecyk. Jajecznicę przyrządzałam w zakopconej kuchence przerobionej z korytarzyka. Nie wiem dlaczego trzęsły mi się ręce. Czyżby tak bardzo mi zależało na tym, żeby dobrze wypaść? I dlatego się nie udało? Mama wyszła z domu. Nie chciała przeszkadzać w rozmowie. Jajecznica się przypaliła. Nic innego nie było. Zapewniał, że nie jest głodny. Spieszył się na autobus. I to wszystko. Odprowadziłam go na przystanek. Żadne z nas nie wspomniało o ponownym spotkaniu, takim jak tego dnia, bez świadków, na osobności.

***

Komentarze (8)

  • Nie muszę chyba dodawać, że są to czasy głębokiego peerelu. Stąd ta jajecznica.

  • P. Wando, bardzo przypad mi do gustu fragment o dworku , ale wiecej ingo poszlo na PW, dlaczego, uroczy fragment :)))

  • Dobry tekst, dobra psychologia postaci. Przeczytałem z zainteresowaniem.

  • Bardzo mi miło

  • Nie wiem, jak ja mogłem przegapić tak dobry tekst. Mea culpa. Jajecznica nie tylko clou.Najbardziej - rozmowa o której sie zapomniało, ważna rozmowa:):)Będę zachodzic w głowę. Czy o alabastrowej umywalce? Chyba nie .Nierzeczywisty Aleksander stał sie rzeczywistym. Będe tu wracał:)

  • Kapitalne. Mam wrażenie, jakoś mi tak się dziwnie wydaje, że wszyscy z tym Aleksandrem przesadzali:) Mam na myśli - inteligencję, bogate wnętrze, itede. Tego w tekście nie widać gołym okiem, ale czuję to:)

  • A propos tytułu "Niebieskie pończochy" wszak to symbol sufrażystek:):)I tytuł i treść znakomite.A Aleksander no cóż pewnie okazał się dupkiem.Samo życie.

  • No ale tak przykro, sytuacja bardzo niezręczna, jajecznica się spaliła, rendez-vous jakoś bez fajerwerków. I ten Aleksander straszny laluś ;)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się