Mąż

Autor: Wanda Szczypiorska, Gatunek: Proza, Dodano: 03 października 2010, 20:48:31

 

        

 

                                              Mąż

         Siedziałam na kupce kamieni pośrodku pola patrząc o czasu do czasu na samochody przejeżdżające szosą lubelską. Patrząc i nie widząc. To był ostatni dzień urlopu. Następnego dnia wejdę do pokoju, w którym ktoś już zapewne będzie siedział, może kierownik działu, może ktoś jeszcze, wejdę i powiem, że będę miała dziecko.

         Niedobrze jest w takim stanie siedzieć na kamieniach. Podniosłam się i poszłam w stronę domu.

         Następnego dnia rano wstałam podniecona. Dojazd do pracy trwał godzinę, czułam się bardzo dobrze, nadzwyczajnie. Doprawdy nie wiem czemu wiedziałam, że to będzie syn. Dlatego kiedy wjechałam windą na piętro i weszłam do pokoju, w którym było już parę osób, powiedziałam „dzień dobry” do wszystkich i do nikogo, a potem:

         - Będę miała syna

         Zdziwienie, jakieś uwagi, może gratulacje, nie wiem, nie pamiętam. Być może uśmiechy, uśmieszki raczej, bo przecież wiedzieli, ze nie wyszłam za mąż. Ale ja nie czułam się skrępowana. Od dwóch dni, to znaczy od chwili kiedy się dowiedziałam o tym, byłam zbyt szczęśliwa. Naprawdę. Waldek jeszcze o niczym nie wiedział, to znaczy nie był pewny, czy tak, czy nie i wyglądało na to, że się boi. Boi się, bo myśli, że ja się boję. O  nie. To przecież moje dziecko.

         W biurze nikt nigdy nie widział Waldka. Wolałam, żeby nie przychodził. Był nijaki, zbyt młody, do tego ubrany nieelegancko, przed biurem na Marszałkowskiej wyglądałby jak ktoś, kto się tu zabłąkał. Na wsi, przy szosie lubelskiej byliśmy u siebie. Spotykaliśmy się wieczorami, kochali w zagajnikach, bo wciąż było jeszcze ciepło. Teraz coś się zmieniło jednak, zaciążyło na nas nagle poczucie odpowiedzialności. Wiedziałam, że sobie poradzę. Jak? Nie wiem. Często myślałam o tym, że syn przecież powinien mieć ojca, żebym mogła rodzinie , kolegom z biura, dawnym znajomym powiedzieć  – to jest ojciec. I potem, jak dorośnie, żeby nie był nieślubnym dzieckiem.

         Od dawna miałam uczucie, że bez Waldka nie mogłabym żyć. Ale - mąż?

         Podczas jednej z leśnych wędrówek – szliśmy do jego matki -  powiedziałam mu, że musimy wziąć ślub. To ja powiedziałam jemu, nie on mnie. On w ogóle niewiele mówił, w tym też musiałam go wyręczać. Dlatego wcale się nie zdziwiłam, że się ucieszył. Powiedzieć – ucieszył, to mało. Wyglądał tak, jakby spotkało go wielkie szczęście.

         Formalności załatwiliśmy w gminie. Termin ślubu był wyznaczony na pewien późnojesienny dzień .

         W biurze przeniesiono mnie do innego działu. Domyśliłam się, że chciano się mnie  pozbyć i byłam trochę zawiedziona, ale nie za bardzo. I tak bym przecież odeszła. Waldek jakoś zdoła zarobić na nasze utrzymanie. Trudno, będziemy biedni.

         Ciąża zaczynała być już widoczna. Postanowiłam sama uszyć ubranie w którym wezmę ślub i to musi być coś ciepłego i luźnego, żeby  można to było nosić przez całą zimę, a potem jeszcze wczesną wiosną. Kupiłam wełniany materiał i wieczorami zaczęłam szyć kostium. Żakiet miał być szeroki, a spódnica z zakładką do poszerzania w czasie ciąży. Kolor materiału nie bardzo mi się podobał, taki ni to brązowy ni to żółty, ale innego nigdzie nie mogłam dostać. Waldek już mieszkał u mnie. Pokoik miał dwa metry na dwa i pół. Zmieścimy się tu we troje. Do ślubu pojedziemy pekaesem, a skromne przyjęcie będzie u jego matki.

         To był powszedni dzień, późne popołudnie, autobus był pełen ludzi wracających z pracy, mnie ktoś ustąpił miejsca, ale Waldek z kolegą, który miał być świadkiem, stali ściśnięci w przejściu. Przed budynkiem Prezydium Gminnej Rady było już kilku zaproszonych  gości. Kuzyn przyjechał samochodem, a więc zabierze nas w powrotnej drodze. W starym budynku gminy musieliśmy wszyscy wejść na piętro bardzo wąskimi schodami do sali prezydialnej, gdzie udzielano ślubów. W pewnej chwili Waldek, który szedł za mną potknął i osunął. To wywołało zamieszanie, pozostali musieli się cofnąć. Wiedziałam, że Waldek jest tak onieśmielony, a jednocześnie podniecony całą  sytuacją, że nie bardzo wie co się dokoła dzieje i trochę się niepokoiłam, że tam na miejscu, w sali zrobi jakieś głupstwo. Okazało się, że nie pamięta komu dał  obrączki. Bo komuś dał. Bo  nie miał. Na szczęście miał je świadek. I wkrótce było już po wszystkim.

         Wracaliśmy z kuzynem samochodem, a reszta gości pekaesem, potem jeszcze kawałek do wsi. Przyjęcie u teściowej nie było wystawne, chociaż dołożyli się po trochu wszyscy, to znaczy siostry Waldka. Rodzina odnosiła się do mnie z pewną rezerwą - nie miałam nic i byłam od niego starsza. Ale dostałam od kogoś posrebrzane sztućce, od kogoś innego obrus. Ja nie piłam wódki podczas tego przyjęcia, ale Waldek pił. Kiedy późnym wieczorem wracaliśmy do naszego domu, kilometr, może więcej, musiałam go podtrzymywać. W pokoju było zimno. On usiadł, a ja zaczęłam się krzątać.

         I wtedy to do mnie dotarło, Aż się zdziwiłam sama. Dziwne uczucie. Przynależności do Waldka i tego, że on nieodwołalnie należy do mnie.

 

Komentarze (25)

  • cholernie dobry, taki kobiecy i prawdziwy, wow, podoba sie bardzo, bardzo :)))

  • Świetne opowiadanie.I te realia,,ileż szczegółów!Wraca moda na śluby cywilne. A zdanie końcowe rewelacja!"Przynależności do Waldka i tego, że on nieodwołalnie należy do mnie. " :):)

    • m c
    • 03 października 2010, 21:15:57

    Piękna opowieść. Nic mniej nic więcej.

  • Pani Wando, genialnie!
    Opowiadanie szalenie przekonujące. A nie trzeba chyba nic więcej, jeśli autor jest wiarygodny w tym, co robi. Tak jak Pani.
    Super.
    Ciepło pozdrawiam.

  • Panie Łukaszu. Dobrze, że jeszcze nie zasnęłam i mogłam przeczytać Pana komentarz. Będę miała przyjemniejsze sny.

  • pani Wando, POŁKNĘŁAM, prawdziwie do bólu
    serdecznie)

  • Twoje teksty snują się tak naturalnie, tak przejrzyscie, że ciągle jest ten ból, bo jeszcze by się czytało. Tekst trzeba wyczyścić w sensie, kropki po spacjach, podówjne spacje, gdzieś nie ma przecinka, ale to wszystko to jest bardzo mały pikuś, bo jak czytam takie zdanie: "Waldek jakoś zdoła zarobić na nasze utrzymanie. Trudno, będziemy biedni., to mi słabo z zazdrości. Twoje teksty to są takie teksty, że ja wierzę w każde napisane w nich słowo.

  • Dziękuję pani Ewo.
    Dziękuje Mirko.

    • Nata Re
    • 04 października 2010, 00:29:10

    Pani Wando ma Pani magiczną moc , uwrażliwiania odbiorcy, i zawsze, tak niby zwyczajnie, a zupełnie magicznie i wyjątkowo i ten klimat... wciąż mi się nasuwa Rodziewiczówna... przeczytałam masę jej książek, potrafi Pani stworzyć realne bycie w świecie bohaterów, ciężko mi przekazać pełnię emocji w słowach i wyrazić swoje emocje.... trafia Pani do mnie i to jak bardzo.

  • Rodziewiczówną czytała mi babunia kiedy byłam dzieckiem. Bardzo pięknie czytała. Może coś zostało w podświadomości

  • Cudo. Cała kobieta.

  • bardzo, bardzo, bardzo na tak :)

  • miałam wrażenie,ze jestem tam razem z Panią.przez moment przeniosłam się do innej rzeczywistości. magia.

  • To nagroda dla mnie.

  • Mnie jak zwykle uderza najbardziej zwięzłość i prostota relacji, przy jednoczesnej sile wyrazu. To jest Twój styl. Rodziewiczówna? Raczej nie. Sytuuję Cię, Wando, w innych rejonach literackich. Zdanie kończące opowieść rzeczywiście świetne.

  • takie trochę PRLowskie opowiadanko :)

  • Bo i jest peerelowskie. To co się dzieje tu i teraz - zbyt rozproszone, zbyt zbanalizowane.

  • z banałem to bym nie przesadzał - ale że rozproszone - to fakt.

  • Przeczytam jutro w pracy :)

  • Prosta proza bliska życia, ostatnie zdanie zamykające, no właśnie, nie wiadomo, czy w życiu, czy w złudzie..

  • Wiesz Wando, masz taką fajną lekkość opowiadania. Lubię czytać Twoje teksty. Co do tekstu, to zazdroszczę peelce, że zawsze wiedziała co robić. Każda bohaterka (może trochę Ty ;-) jest taka władcza, ustawia wszystko tak wg własnego uznania. I na końcu to "odkrywcze" pokorne ? stwierdzenie o przynależności. Mnie to nie przyszło do głowy ;-) pozdrawiam!

  • Przeczytałem z przyjemnością.
    A teraz szczegóły (czepialstwo) - nie zmieniające tego, że całość naprawdę dobra.

    Zazgrzytało jedno słowo - wędrówki.
    "Podczas jednej z leśnych wędrówek – szliśmy do jego matki - powiedziałam mu, że musimy wziąć ślub". Wędrówki - brzmi górnie - a tu przecież dziewczyna z biura i prosty chłopak idą przez las (idą, nie wędrują). Swoją drogą historia podobna do tej z "Daleko od szosy". "Patrząc i nie widząc" - to niewidzące spojrzenie wydaje się zbyt trywialne i osłabia mocne rozpoczęcie:
    "Następnego dnia wejdę do pokoju, w którym ktoś już zapewne będzie siedział, może kierownik działu, może ktoś jeszcze, wejdę i powiem, że będę miała dziecko".

  • Dziekuje panie Janie. Zbieram skrzętnie wszelkie uwagi. Wędrówka może dlatego, że chodzili zakosami mając tylko jeden cel - ustronne miejsce.

    • M. K.
    • 26 października 2010, 19:28:34

    Nie pamiętam kiedy jakieś opowiadanie podobało mi się tak bardzo jak to :)

  • Ciekawe i dobrze przedstawia realia życia w PRl

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się