Korzenie (dramat?) Szpargał z czasów studenckich, aby ocalić od zapomnienia

Autor: Wanda Szczypiorska, Gatunek: Dramat, Dodano: 12 czerwca 2012, 09:24:31, Tagi:  mróz koń młodzieniec

 

 

 

                                                                  I

Zmierzch. Kaleka siedzi przy stole, Alicja  przed chwilą weszła do pokoju.

 

Kaleka – Jesteś zadowolona.

Alicja  -  Cieszę się.

                Zbierałam drzewo w rowie. Worek korzeni i sporą wiązkę gałęzi. Będzie nam              

                ciepło.

                 Rozgrzebywałam ziemię, darłam palcami liście. Nie czułam zimna. Po obu

                 stronach rowu rosną jałowce. Zmarzły mi ręce.

(po chwili)

                 Spróchniałe korzenie dobrze się pala i dają żar, ale zbyt krótko.

                   tam i duże kawałki. Te będę musiała porąbać. Odpocznę tylko chwilę.

                 Co ja takiego czytałam wczoraj?

                  Tylko że zaraz zrobi się ciemno. Patrz...

 

K. -  Nie. Jeszcze jest wcześnie.

A -   Mury czernieją pod koniec dnia.

K -   Chyba nie trzeba jeszcze zapalać światła?

A  -  Możemy posiedzieć w mroku przez chwilę, a potem pójdę porąbać drewno. Tylko te

         duże kawałki.

         Czy chcesz się napić herbaty?

(milczenie)

          Powiedz.

K  -  Chcę.

A (zamyślona) Pójdę porąbać.

(podchodzi do okna)

(długa chwila milczenia)

K  -  (cicho) Na kogo patrzysz?

(Alicja wraca niezdecydowanie.. potem znowu podchodzi do okna)

A   -  Nie wiem. Nie patrzałam.

(długa chwila milczenia)

 A  -  Nie potrafię tego powiedzieć.

         Myślałam o czymś przyjemnym.

         

          Może to tylko droga pomiędzy dwoma murami.

          Może...

K  -  Alicjo..

(Alicja odwraca się)

K  -  A może nie idź jeszcze?

(chwila milczenia)

A  -  Dzień się kończy

K  -  Tak

A  -  No widzisz.

         Ziemia twardniała kiedy szłam. Moich śladów widać nie było. Tylko mi ślady na rękach zostały po liściach gnijących.

(śmieje się)

          Patrz

K  -  Możesz je teraz umyć

A  -  O, nie trzeba. To nie jest brud. To nawet ma zapach przyjemny.

      Pójdę porąbać, bo ziemia tężeje przed mrozem, a gdyby było nam zimno, nie bylibyśmy         

      tak swobodni. Tyle przed nami zdarzeń jeszcze.

      A co byś zjadł na kolację?

      Idę.

      Zaczekaj na mnie.

      Pójdę porąbać to drewno.

      Dzień się kończy, a w nocy będzie mróz.

      Idę.

      

                                                                      II

(K. leży w łóżku, Alicja siedzi przy stole w świetle lampy)

A  -  Co to za hałas? To myszy? Jesteśmy tutaj sami. My i te małe zwierzątka. Czasami tylko      .       gospodarz otwiera wrota stodoły, słychać szelest jego kroków, ale to nam nie

        przeszkadza.

        Tak samo jak głosy dzieci.

K  -  Teraz w stodole stoi koń. Jest zaprzężony do wozu, ale wóz stoi na zewnątrz.

A  -  Nie spisz?

K  -  Słyszałem kiedyś taki chrzęst i uderzenia od czasu do czasu. Domyślam się, ze to koń.

         A teraz słychać to samo.

A  -  A wóz?

K  -  Wóz stoi na pewno. Po co miałby wprowadzać konia do wnętrza stodoły, gdyby go   

         najpierw wyprzągł. Mógłby wprowadzić go do stajni.

A  -  Jest bardzo zimno na dworze.

K  -  Spójrz w okno.

A  -  Szyba jest ciemna i nie zamarza.

K  -  Wiec może nie ma jeszcze mrozu?

A  -  Miejmy nadzieję

(chwila ciszy)

A  - Kiedy nadciągnie mróz będzie nam zimno.

(po chwili)

A  -  Wydaje mi się, że w czasie mrozu gałęzie są kruche i łatwo dają się łamać. Dużo ich leży 

        pod drzewami. Powinno tak być. Jeśli tak łatwo dają się łamać, równie łatwo wiatr je

         powinien strącać z wierzchołków drzew.

(po chwili)

         Ktoś mi jednak zabiera najlepsze kawałki.

(długa chwila ciszy)

         Zimno. Zaczyna być zimno.

(chwila ciszy)

         A może to nie jego koń?

(po chwili)

          Nie odpowiadasz?

         Zasnął.

         Wstanę, naleję wody do garnka, postawię ten garnek na piecu, ogień się jeszcze pali.

         Spróbuje zrobić to jak najciszej, żeby nie zbudzić śpiącego. Wieczory są bardzo długie,

         nie można nazwać nocą tak wczesnej godziny. Obudzi się głodny. Ostatni posiłek

         jedliśmy w południe, potem piliśmy tylko herbatę.

          Nie czuję głodu.

        Wstanę, naleje wody do garnka, postawie garnek na piecu

        Ogień się jeszcze pali.

K  -  Obudziłaś mnie.

A  -  (unosząc się) Starałam się mówić cicho.

K  -  Uspokój się. To dobrze. Czekałem na ciebie i usnąłem. A ty mówiłaś coś o głodzie.

A  -  Jesteś głodny?

(po chwili)

        Trawa już nie ugina się pod stopami, ale po prostu zapada.

        Idąc przez łąki w stronę domu czułam na twarzy chłód powietrza.

        Kontury drzew bezlistnych

        towarzyszyły mi w bezruchu.

        Ten chłód na twarzy świadczy o tym, że będzie mróz. Obawiam się,

        że zbyt mało mamy drewna. Ktoś jednak w tym samym rowie zbiera co lepsze kawałki.

K  -  Kto?

A  -  Nie wiem.

K  -  Czy wóz jeszcze stoi?

A  -  Nie słyszałam, żeby odjeżdżał. Ale ty spałeś tak krótko.

(K. siada na łóżku. Długa chwila ciszy)

K  -  Może są gdzieś gałęzie, których nikt nie zbiera?

        Może suche, spękane, odarte z kory, strącone wiatrem z wierzchołków drzew leżą

        i nikt ich nie zbiera.

        Nie próbowałaś szukać?

A  (niechętnie) – Pod drzewami wzdłuż drogi, w chwastach, w drutach kolczastych, pomiędzy

        krzewami można znaleźć jeszcze ładne kawałki.

(wstaje)

        Jestem zmęczona.

(K. patrzy na Alicję. Kładzie się naciągając kołdrę pod samą twarz.

(Alicja odwraca się. Chwila milczenia)

K. (cicho) – Więc może wreszcie przyjdziesz?

 

                                                                     III

(Noc. Alicja stoi przy oknie)

A (cicho) – Śniłam, lecz odpłynęła zjawa, drzewa w półmroku deszczu,

         majak, który mnie wzruszał

         i ciężar czarnych liści

         i długowłosy młodzieniec / niegdyś we fraku/

         gnijący w korzeniach traw

         w słodkim zapachu cmentarnym.

 

         O tym już nie pamiętam.

K  -  Co mówisz?

(chwila milczenia)

A   -  Niegdyś, / tak myślę/ pełen radości szedł drogą w ciepłym cieniu

          i w pokoiku o czystych oknach zasypiał jeszcze przed nocą.

K  -  Co mówisz?

A  -  .. i budził się o świcie

K  -  Alicjo?

A  -  .. wpatrując się w zieleń drzew.       

(po chwili)

          Ja również byłam zadowolona i kiedy wlokłam ten worek za sobą byłam zadowolona

          a przecież...

         

          Drzewa szeleszczą w ciemności i straszny jest teraz ten las, gdzie rano zbierałam

           gałęzie.

         

 

Komentarze (14)

    • . .
    • 12 czerwca 2012, 09:35:58

    Reżyser teatru radiowego ucieszyłby się tym (jednak) fragmentem)kompozycji cokolwiek malarskiej, a jednak z dźwięcznym ruchem liści pod dłońmi, cichego sapania pni drzew, unikalnego szelestu rozpadania.
    Słodki zapach cmentarny to nowa jakość dramatyczna, na przekór ciężarowi czarnych liści.
    Zalogowałam by wyrazić uznanie dla tej i podobnych kompozycji Pani.

    • Jan Usz
    • 12 czerwca 2012, 09:41:54

    Szanowna Pani Wando! Lepiej byłoby, gdyby ten szpargał z czasów studenckich pozostał w szufladzie. Bo to ani dramat, ani literatura. To jest w zasadzie rozmowa o niczym. Takie pitu-pitu. Bez psychologii, bez akcji, bez refleksji. Na takie "gadki-szmatki" pozwalał sobie Beckett, owszem, ale on to umiał robić znakomicie! Wystarczy poczytać jego "Szczęśliwe dni" albo najbardziej znany dramat "Czekając na Godota". W Pani "dramacie" absolutnie nic się nie dzieje, a dialog utzrymany jest na poziomie wyjątkowo pasywnym. Do tego te nieznośne archaizmy, zwłaszcza w części 3. Niestety, te fragmenty są mizerne...

  • A toś sie Pan , Janie nabrał. Na tym to polega, żeby się nic nie działo. Musiałam mieć wtedy taki zamysł, bo sama, dwudziestolenia, byłam zapewne w stanie totalnej niemożnosci. Spalić było szkoda.

    • Jan Usz
    • 12 czerwca 2012, 10:03:34

    Lepiej było spalić. Byłby większy pożytek. Zamysł dobry, ale nastąpił problem z wykonaniem. "Zdarza się"... Jak mawiał bohater "Rzeźni nr 5" Kurta Vonneguta. :)

  • Bohater Vonneguta nic takiego nie mawiał; mawiał "so it goes," co ma zakres znaczeniowy znacznie większy bo "zdarza się..." podkreśla przypadkowość, a "so it goes" nieuniknioną konieczność. Czasem popisy erudycji okazują się czymś wręcz przeciwnym. "Zdarza się"... czy "so it goes"?

    • Jan Usz
    • 12 czerwca 2012, 10:32:26

    Nie moja wina Wezuwiuszu, że tłumacz polskiej wersji tak to przetłumaczył. Trzeba mieć pretensje do tłumacza... :)

  • Biorąc pod uwagę młodość Autorki podziwiam. Tworzysz klimat. Powiew egzystencjalizmu. Jest jakaś niewyjaśniona tajemnica, tajemnicze są też postacie dramatu. Kim są? Ich wzajemna relacja nie wszystko wyjaśnia. Są w tekście motywy, które dają możliwość rozgałęzienia wątków i rozbudowania akcji. Swoją drogą masz bagaż doświadczeń i sensualną pamięć szczegółu.
    Nie myślisz o tym, by to rozwinąć? Bo to jest na razie mały wycinek rzeczywistości. Jakby światło reflektora padło na moment w jedno miejsce, a potem przesunęło się gdzie indziej. Albo jakbyśmy przez chwilę patrzyli w cudze okno.

    • Jan Usz
    • 12 czerwca 2012, 11:05:26

    Specjalnie dla Wezuwiusza fragment "Rzeźni nr 5" w tłumaczeniu Lecha Jęczmyka:

    "Stopniowo powstały setki podobnych kopalń. Początkowo nie było smrodu, ciała wyglądały jak manekiny z
    gabinetu figur woskowych. Potem jednak trupy zaczęły się rozkładać, wydzielając woń gazu musztardowego i
    róż.
    Zdarza się.
    Maorys, który pracował z Billym, umarł, kiedy kazano mu zejść w ten smród i pracować. Zarzygał się na
    śmierć.
    Zdarza się.
    Opracowano więc nową technologię. Teraz ciał już nie wydobywano na powierzchnię. Palili je na miejscu
    żołnierze z miotaczami ognia. Żołnierze stali na zewnątrz i tylko ogień wchodził do schronów.
    Gdzieś wśród tego wszystkiego biedny stary nauczyciel szkoły średniej Edgar Derby został przyłapany z
    czajnikiem, który przywłaszczył sobie w katakumbach. Aresztowano go za grabież mienia. Postawiono go
    przed sądem i rozstrzelano.
    Zdarza się."

    ------------------------------- :)

    • Szel _
    • 12 czerwca 2012, 11:06:13

    Wydaje mi się, że w czasie mrozu gałęzie są kruche i łatwo dają się łamać. Dużo ich leży

    pod drzewami. Powinno tak być. Jeśli tak łatwo dają się łamać, równie łatwo wiatr je

    powinien strącać z wierzchołków drzew.

    (po chwili)

    Ktoś mi jednak zabiera najlepsze kawałki.

    oby ci sie juz Wandziu ten egzystencjonalny koszmar nawet nie przysnil
    a te galezie beda dzis za mna chodzic caly dzien :)

  • Egzystencjalny, Krysiu, tak. Kiedy to pisałam pokutowały jeszcze resztki egzystencjalizmu, a ja kończyłam studia w skrajnej nędzy. To też musiało miec jakiś wpływ.

    • Szel _
    • 12 czerwca 2012, 12:11:47

    dobrze ze ta biede tak szczegolowo opisalas
    bo dzis juz bys nie potrafila tak przejmujaco oddac
    klimatu tej walki o skrawek ciepla

    heh
    nie bez powodu zacytowalam ten fragment
    bo od jakiegos czasu nosze sie z mysla napisania czegos
    wlasnie o skrajnej biedzie, mam nawet swietny koncept
    i wiem ze to by byla interesujaca i mocna rzecz !
    ale brakuje mi do opisania chocby szczypty tego autentyzmu
    ktory znalazlam tu ciebie.

  • Jak u Ibsena. I ten motyw zbierania drewna...

  • A ja zgadzam się z twierdzeniem, że "tu nie ma się nic prawa dziać". Bo TAK MA BYĆ. I pomyśleć, że ja, w wieku 20 tu lat pisałem rozdzierające wiersze o wieszaniu się na drzewnej gałęzi:)

  • Ot memłanie,memłanie,memłanie - obstrukcja!

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się