Czytanie Prousta

Autor: Wanda Szczypiorska, Gatunek: Proza, Dodano: 26 września 2010, 12:14:24

 

        

        

                                               Czytanie Prousta         

         Rozstaliśmy się na czas wakacji. Tak było zawsze, wakacje dzieliły nie łączyły, bo żadne z nas nie miało pieniędzy i trzeba było jechać do kogoś, przesiedzieć gdzieś, do czasu nowego stypendium. W czerwcu robiłam z nim kukiełki do prywatnego teatrzyku – prywatny teatrzyk w tych czasach – to niebywałe, ale był taki. Kukiełki zrobiliśmy naprawdę ładne. Każde z nas trojga przygotowało projekt, ale oni dwaj uznali wspaniałomyślnie, że tylko mój nadaje się do realizacji - oni, to znaczy Grześ i Andrzej. Dostaliśmy pieniądze. Niezbyt wiele.

         A potem Grzegorz napisał do mnie do Jeleniej Góry, gdzie byłam u mojej siostry, że musi wyjechać z Andrzejem do Lublina, bo nie ma z czego żyć, „w  Warszawie sprawa wygląda beznadziejnie. „Bardzo ciężko, w ogóle nie mogę malować” i tak dalej, „zazdroszczę, że masz spokój i wolny umysł..”. To nieprawda. Też było mi bardzo ciężko.

         Z Grzegorzem nie mieszkaliśmy nigdy razem, chociaż on miał coś w rodzaju mieszkania w drewniaku na peryferiach, ale od roku byliśmy nierozłączni. To znaczy – nie zawsze nocowałam u niego, często wracałam  późnym wieczorem do domu, żeby coś zjeść i się przebrać.  Grzegorz miał, co prawda u siebie worek fasoli i słoninę już trochę żółtą ze starości, ale nie chciałam go objadać. Dotychczas bardzo towarzyski, przy mnie zaczął prowadzić życie samotnika i to nie tylko dlatego, że na rozrywki nie było pieniędzy. Chodziliśmy, tylko we dwoje, do teatrów - wejściówki po 3 złote, a w domu, czyli u niego czytałam mu głośno „W poszukiwaniu straconego czasu”. Kiedy czytałam, to ja siedziałam na naszym wąskim, żelaznym łóżku, a on gdzieś pod ścianą. Słuchał.

         Łóżko z niezbyt świeżą pościelą i wygniecioną poduszką. Byłam gościem. Nie do mnie należało sprzątanie i gotowanie fasoli na maszynce. To on robił herbatę, bardzo mocną (mdliło mnie od niej, ale udawałam. że taką lubię). Nie było mowy o małżeństwie. Byłam trzecią mieszkanką tej pracowni, trzecią i najważniejszą. Ta pierwsza usiłowała go wychowywać, a druga się nie liczyła. Nigdy nie powiedziałam, że go kocham. Kochać, to znaczy związać się, a ja wiedziałam, że z nim nie można się wiązać.

         W połowie lata napisał, że malują z Andrzejem święte obrazy i usiłują sprzedać, ale to na razie się nie udaje. Głodował. „Człowiek przestaje myśleć i reagować na cokolwiek, oprócz wystawy u rzeźnika. Jedyne, co czasem odczuwam to tęsknota za tobą” pisał, żalił się i tak dalej. Pewno. Ja też tęskniłam.

         A potem pisał z Lublina, że mają nową pracę, malują freski w przedszkolu za tysiąc pięćset złotych z wyżywieniem. Nastrój mu się poprawił. Mniej było w listach o tęsknocie, a więcej o miłości. Pisał że słyszy mnie czytającą Prousta i o tym, że kocha każda komórkę mojego ciała. „Í teraz, ilekroć przypomnę sobie jakiś moment z Prousta słyszę twój głos, który chciałbym zatrzymać i tak się w nim zatracić, żeby istnieć i płynąć razem z nim. Kocham cię i czym  dłużej ciebie nie widzę, tym bardziej.”  Wzmianka o czytaniu przeze mnie  Prousta była w każdym liście. Jak również o moim ciele. Ale pamięć o lekturze była dominująca. Według niego ucieleśniałam ją  -  cytuję:  „mógłbym myśleć, że nie ma żadnej książki, a  ten wspaniały świat istnieje tylko za sprawą twoich warg”. Ja też pisałam o tęsknocie, ale nigdy nie napisałam, że go kocham. To było jak obrona twierdzy. Kiedy to powiem, poczuję się bezbronna. Więc pisałam mu tylko o tym co robię w ciągu dnia.   

         Tęskniłam do tego żelaznego lóżka, które wydawało się, jest moim  drugim domem. Wakacje się dłużyły, w Jeleniej Górze miałam być do początku września. Kiedy dowiedziałam się, że Grzegorz wrócił do Warszawy, poczułam zniecierpliwienie, gwałtowną potrzebę powrotu. Ale zanim wróciłam minęło kilka dni.

         Jechałam na przedmieście, gdzie stał ten kwaterunkowy drewniak z pewnym lękiem. Po dwóch miesiącach rozłąki byliśmy już trochę inni. Bardziej stęsknieni, bardziej sobie bliscy, a jednocześnie jakby obcy. Wyobrażałam sobie radość, czułość i poznawanie się od nowa.   

         Było przedpołudnie. Dzień prześwietlony z ukosa wrześniowym, jaskrawym słońcem. Na miejsce  dojechałam pociągiem elektrycznym. Ciepło. Zaczynały opadać liście. Otwarte drzwi wejściowe. Korytarz. Dlaczego czuję lęk? Drzwi do pracowni w głębi. Nie muszę przecież pukać, jestem u siebie. W domu.

         Od razu zobaczyłam, że nie był sam. Ona siedziała na łóżku, ubrana, ale niekompletnie, w jakiejś koszuli, czy coś takiego, taka przeciętna dziewczyna, niezbyt ładna. A ja wtedy poczułam nie gniew, nie rozpacz, ale wstyd. Powiedziałam  „przepraszam” i wyszłam.

         Ale rozpacz pojawiła się tuż za drzwiami. Wiedziałam – nie mogę płakać, bo on zaraz wybiegnie za mną. I wybiegł. Szedł ze mną w stronę dworca. Wyjaśniał, tłumaczył, prosił i chyba płakał nawet. Rozstaliśmy się kiedy nadjechał pociąg. Powiedziałam mu, że to koniec.

         Zaczęłam szlochać na pustej  ulicy za dworcem Wschodnim, weszłam do domu z płaczem, płakałam przez całą noc, a potem poczułam względny spokój. Nie byłam pewna, czy to rzeczywiście koniec.

         To nie był koniec. Mieliśmy przed sobą jeszcze dwa tomy „W poszukiwaniu straconego czasu”. Po paru dniach byliśmy znowu razem, teraz już nierozłączni na dobre. Po pewnym czasie zaczęło mi to ciążyć, zaczęło się robić duszno. Teraz już byłam pewna, że nigdy, no - może nie nigdy, może w najbliższym czasie nie znajdę spinki do włosów obcej dziewczyny pod poduszką. Jego skrucha była jak więzy, a ja coraz bardziej pragnęłam być znowu wolna. Zaczęłam się wymykać. Chodziłam tu i tam sama. No i wreszcie  odeszłam pewnego dnia nie doczytawszy ostatniego tomu.

 

Komentarze (17)

    • m c
    • 26 września 2010, 13:19:55

    Hmmm...
    Wydaje mi się, że jest to, używając określenia Agnieszki Gałązki, tzw. świeżak, tekst dojrzewający, który musi jeszcze okrzepnąć. Jeśli chodzi o jakieś drobiazgi techniczne, to zwróciłbym uwagę np. na znaki przestankowe, domykanie cudzysłowu, takie tam drobiażdżki np.
    - Jechałam na przedmieście, gdzie stał ten kwaterunkowy drewniak z pewnym lękiem - propozycja: Jechałam na przedmieście z pewnym lękiem, gdzie itd...
    - „w Warszawie sprawa wygląda beznadziejnie. „Bardzo ciężko - kwestia cudzysłowia, albo domknąć po beznadziejnie, albo usunąć przed bardzo...
    itp.
    Abstrahując już od zbyt pospiesznego zapisu, w swej fabule ten tekst jest świetny:) Odbieram go trochę jako pamiętnik, trochę jako taką relację (Według niego ucieleśniałam ją - c y t u j ę: „mógłbym myśleć...) traktującą o niezbadanych meandrach kobiecej psychiki;) Ciekawy portret.

    Od strony czysto ludzkiej, nie podoba mi się jednak sama postawa ideologiczna kobiety; to niezdecydowanie(?) - "ja też pisałam o tęsknocie, ale nigdy nie napisałam, że go kocham""), czy też kapryśność bohaterki przechodzące w pewnym momencie w jakąś taką apodyktyczność ("Teraz już byłam pewna, że nigdy, no - może nie nigdy, może w najbliższym czasie nie znajdę spinki do włosów obcej dziewczyny" ...)... - w tak opisanym, tłumaczonym uczuciu do chłopaka wszystko jest tak względne, że aż nieakceptowalne (przeze mnie;) - brak jakiegoś trwalszego fundamentu - a ...myślałem początkowo, że będzie nim literatura Prousta, ale po ostatnich słowach opowiadania, stwierdzam: pomyliłem się. To opowiadanie od strony literackiej potwierdziło po raz kolejny, iż mężczyźni i kobiety są niewolnikami swojej płciowości.
    Pozdrawiam.

  • Ten Proust:):) Swietne psychologiczne studium.Wando tekst tchnie Magdalenką:):)tak jak lubię. Jeszcze tu wrócę, bo jest co czytać. Co za niedziela:):)

  • wow, bardzo P. Wnado, bardzo podoba sie, taki kobiecy, cieply i chyba kazda z nas to przeszla w podobny sposob, jestem juz stala P. czytelniczka :)))

  • Pani Wando, tekst piekny i przerazliwie smutny. Jakie to ludzkie, ten fatalizm tego zwiazku i takie ciagniecie go bo byc moze cos z niego sie da wycisnac. Oczywiscie jest Proust, chyba w tym wszystkim prawdziwa milosc, wymagajaca poswiecenia i czasu, ale taka, ktora nigdy nie zdradzi. Poza tym, ktoz to dzisiaj czyta Prousta... Och, zeby to nie zabrzmialo zle, jest Pani jak wino!!!

  • M Pain - Rzeczywiście. Dzisiaj napisałam ostatnie zdanie. A wkleiłam po to, żeby usłyszeć to, co od Pana usłyszałam. Zabiorę się do naprawy. To tak jak korekta na Akademii. A kobieta... Kobieta może chroniła się przed cierpieniem, cedujac to na niego.
    Jarku, bardzo dziękuję, Pani Moniko cieszę się ogromnie
    Wezuwiuszu! Za wino jestem niezmiernie wdzięczna. Czerwone wytrawne.

  • Pani Wando, nie jestem osoba pijaca (jak mam 1 lampke wina na rok, to duzo), aczkilwiek polecam wina z Australii (Yellow Tail)
    Pani nie uwierzy z Ukrainy sa swietne, oczywiscie z Georgi tez(Khvachkara-to jest polwytrawne w kamionce- paluchy lizac) + Hiszpanskie (Baron Deley)

    ;)))

  • Moniko , a kalifornijskie ? Wando, a propos peelki, ona wiedziała co się stanie. A Grzegorz, no cóż zamiast Prousta wolał studiować anatomię pierwszej lepszej.

  • Może to wszem i wobec znana orientacja monsieur Prousta, którą przesiąknięte są karty powieści, zaszkodziła? Wówczas jednak należałoby poprzestać na środkowym tomie - "Sodomie i Gomorze". Ale że związek nie wytrzymał takiej próby czasu, mianowicie przeczytania w komplecie cyklu "W poszukiwaniu..." - ta przenośnia do mnie trafia. A z win polecam te ze starej ziemi, konkretnie z Hiszpanii, a już najlepiej z Nawarry, polecane nawet przez zwykle zachwalających tylko swoje poletko Katalończyków.

  • Ostatni tom zaiste nie wytrzymał próby. A wina to wątek poboczny, dodany jak kwiatek dla solenizanta.

  • Wando ! Przeczytałam. Kiedyś czytałam fantastyczną książkę o życiu Henri Toulouse-Lautreca : Pierra La Mure, Moulin Rouge. Może nie jest to dokładnie tak napisane, ale bardzo mnie wciągnęła Twoja opowieść. Mogłaby być z tego całkiem niezła powieść. Pomyśl nad tym. Co do psychologicznego aspektu, ja rozumiem peelkę. Która z nas chciałaby być tak traktowana, jak broszka, którą przypina się do klapy w zależności od nastroju a potem chowana do kuferka. Rozumiem, że nie umiała go kochać, zaufać. Ba! wybaczyć. Natomiast odnośnie tego co napisał Maks, że jesteśmy niewolnikami własnej płciowości, jest w tym dużo prawdy ale nie do końca, bowiem z każdym stereotypem można walczyć. To tak jakby ktoś powiedział, że instynkt macierzyński posiada każda kobieta a przecież wcale tak nie jest. Pozdrawiam Cię bardzo bardzo ciepło. Piękna lecz smutna opowieść.

  • Czekałam, czekałam i doczekałam się. Dzięki.

    • Nata Re
    • 27 września 2010, 20:10:27

    poza tym, że przeczytałam jednym tchem, to została jeszcze refleksja, że warto wracać i warto wybaczać, żeby chcieć naprawdę odejść i niczego nie żałować, zawiodłabym się gdyby opowieść zakończyła się na "tej pierwszej lepszej" i rozdrapywaniu, że mogłam coś zmienić...dopisuję sobie, że teraz on sobie troszkę bardziej po cierpi i potęskni. Bardzo mi się podobało! Pozdrawiam cieplutko:)

  • Dobrze odczytałaś mój zamysł Reniu

  • Za każdym razem,kiedy czytam Twoją prozę - myślę: "Jak Wanda to napisala!!!! Bo o czym pisac, to zawsze będziesz miała, wiem to. Zawsze to będzie O CZYMŚ WAŻNYM. Ale to "jak napisane", jeszcze ważniejsze i dzięki Ci Panie Boże, żeś Szczypiorskiej dal taki talent.

  • Klasa sama w sobie. Fantastycznie, jak zwykle, Pani Wando.

  • Masz tu już, Wando, tyle pochlebnych i entuzjastycznych komentarzy, że co ja tu robię? Zaskakujesz mnie nieprzebranym mnóstwem tematów, opowieści, które mają jedną i tę samą nietuzinkową bohaterkę. Ona przykuwa moją uwagę, zmusza do zastanawiania się nad naturą człowieka - kobiety. Moje wrażenia po przeczytaniu opowiadania bliskie są temu, co napisał Maks Pain - mimo że ważny jest w całym kontekście Proust (czytanie Prousta nadaje opowieści ramy konstrukcyjne), ale to, co czytelnik (ja) czuje najbardziej, to są te "niezbadane meandry kobiecej psychiki". O przecinkach już parę razy Ci wspominałam, ale Ty wiesz swoje :)
    Ważne jest to, że z taką łatwością i prostotą budujesz atmosferę czasów i klimat relacji między bohaterami.

  • Bardzo dobre opowiadanie. Tutaj nie mam żadnych wątpliwości. Perełka Pani Wando! Pozdrawiam. Maks.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się