Agencja

Autor: Wanda Szczypiorska, Gatunek: Proza, Dodano: 09 maja 2012, 11:54:17, Tagi:  peerel agencja

 

Mieszkanie mojej ciotki na Górnośląskiej, gdzie pozwolono mi nocować, położone dogodnie w centrum, na trasie od Myśliwieckiej do Krakowskiego,  przyciągało wszelkiego rodzaju ćmy. Facetów, którzy nie potrafią być wieczorami sami. U mnie nie było po co siedzieć, wiec usiłowali mnie wyciągnąć, nie licząc zresztą, że im coś postawię. Zjeżdżałam windą w dół., mówiłam, że się spieszę, że jestem umówiona i odchodziłam w swoją stronę. Prawdziwe życie było  w biurze, gdzie byłam referentem od reklamy. Dzisiaj, to by się nazywało copywriter, ale nie znano jeszcze tego słowa. A słowo agent brzmiało podejrzanie

Ważne dla mnie były jedynie przedpołudnia i czas spędzony w pracy. Tu był Jerzy. Dwudziestoparolatek, blondyn , kierownik działu, szef, z którym łączyło mnie coś więcej, łączyła prawdziwa miłość. Siadałam mu na kolanach kiedy nikogo nie było w biurze i całowaliśmy się. Był żonaty. A ja samotna. No niezupełnie. Czasami, jak mówiłam ktoś się trafił i wychodziłam wieczorami.

Moje miejsce pracy, Agencja reklamy Agpol, to biuro dość niezwykłe w tamtych czasach, bo nie reklamowało się byle czego tylko wielkie państwowe firmy. Za granicą. Każdy dostawał swoją, razem z przydziałem dewiz i każdy z nas mógł robić to co chce, byle by tylko wydał te pieniądze w odpowiednim czasie. Ja umieściłam reklamę Centromoru w gazecie codziennej w Ghanie. Na całą stronę. I było po dolarach, za to pozostawała duża ilość  czasu , który się nie marnował, bo wychodziło się na miasto. Czasami wychodziłam z Jerzym. To była zawsze jakaś bardzo ważna sprawa i nikt nie sprawdzał, czy rzeczywiście została załatwiona, a my szliśmy objęci, przytuleni  i mogliśmy powiedzieć sobie wszystko to, czego nie dało się powiedzieć w  biurze. On opowiadał mi o żonie. Przecież dopiero się pobrali. Widziałam ją. Gdzie jej do mnie? Ubrana byłam biednie, ale modnie. I nie chowałam nóg pod biurkiem. Każdy z mężczyzn od razu zauważał, że nie nosiłam biustonosza.

Jerzy wpadał do mieszkania na Górnośląskiej tuż po pracy, kiedy  nie było ciotki, ani lokatorów i wszystko działo się w pośpiechu. Potem biegł, bo gdzieś  czekała w kolejce po zakupy żona. Jechali pociągiem pod Warszawę. Ich pokój był wyziębiony, więc rozpalali w piecu. Musiała byś zazdrosna  bo opowiadał o mnie. Kiedyś przyszła specjalnie pod budynek, żeby mnie zobaczyć. A niech tam. W przefarbowanym na czarno misiu,  w krótkich kozaczkach byłam szykowna, zgrabna . Ona w brązowym płaszczyku z przeszłej już epoki i w czymś w rodzaju kapelusza. Mała. Kiedy odeszli  w swoją stronę,  ja w swoją, co czułam? Nie pamiętam. Pustkę?

Zgodziłabym się na jakąkolwiek randkę. Wszystko to było lepsze niż  czekanie na chwilę samotności z Jerzym.  Jerzy wziął ślub niedawno, wciąż jeszcze był tym podniecony i opowiadał mi co robią po powrocie z pracy. Że gotowali razem obiad. Na szczęście na tym poprzestawał. Mówił, że nigdy o mnie nie przestaje myśleć. A jednak, wiedziałam o tym, nie rozwiódłby się z żoną i nie ożenił ze mną.

Umówiłam się z jednym takim, dziennikarzem, który wrócił z placówki  w Moskwie. Alkoholik. Ktoś go umieścił w naszym biurze, a on  pętał się jak każdy z nas  mając niewiele  do roboty. Wolski. Któregoś dnia zaprosił mnie na prywatkę. Pewno upiliśmy się bardzo szybko, bo gdzieś mi umknął ciąg kolejnych zdarzeń. Wiem tylko, że towarzystwo było eleganckie, ze sfer partyjnych lub rządowych, willa, przed willą samochody, a Wolski skombinował kluczyk. Skąd go wziął? To była zwykła kradzież. Ale co tam. Chichocząc  pojechaliśmy przez Warszawę w stronę  Pragi. I wcale się nie bałam, w końcu ruch wtedy nie był duży. Zatrzymano nas na Wiatracznej i kazano wysiąść.  Nie wiem czym Wolski się wylegitymował. Mnie milicjanci pozwolili odejść, a Wolski w biurze pojawił się następnego dnia.

Jerzy z trudem ukrywał zazdrość, a przecież moja zażyłość z Wolskim to był poniekąd odwet. Za te ataki płaczu w nocy. Za to, że opowiadał mi o swojej żonie, o tym pokurczu w filcowym kapeluszu, z którym mu było dobrze. Z nią był bezpieczny. A mnie kochał. Kochał naprawdę. Siedzi przy swoim biurku tuż przy oknie, oświetlony z ukosa popołudniowym słońcem, złoty blondyn, niby coś robi, a myśli tylko o tym jak tu się dzisiaj pozbyć żony. Która kolejka będzie dłuższa; po papier, czy po cukier? Zostawi ją, a sam  popędzi Bracką, potem Wiejską na Górnośląską.  Do mnie. Nic się przecież nie stanie jeśli tamta posiedzi trochę na  Śródmieściu. Ważne spotkanie – powie.

Była wiosna, kiedy w biurze pojawili się goście z Ghany. Dwóch zażywnych facetów, na pewno nie starych jeszcze, w długich zielonych haftowanych szatach i zielonych myckach. Zwiedzali wszystkie pokoje, a u nas się zatrzymali dłużej rozmawiając z Jerzym. On, jako  jeden z nielicznych znał angielski i chyba dlatego został szefem. To musiała być ważna delegacja, z ichniego ministerstwa chyba, bo potem wszyscy, Jerzy też, zamknęli się u dyrektora. Dopiero pod koniec pracy powiedział mi z tajemniczą miną, że on i ja jesteśmy zaproszeni. Na bankiet. Dziś w hotelu. Trzeba się przebrać. Miałam tylko jedną obcisłą czarną suknię mini, którą sama uszyłam z aksamitu. Na nogach szpilki. Ale wieczorem mogło się ochłodzić, więc na to płaszczyk z ortalionu. Wydaje  się, że wyglądałam nieźle. Trzymałam się Jerzego. Tamci  tym razem w garniturach. Na bankiet zaproszono  prawie połowę biura, to musieli być ważni goście.

Siedziałam cichutko sparaliżowana nieznajomością angielskiego i chyba nie budziłam zainteresowania, ale Jerzy zachowywał się dość nerwowo, co było zresztą zrozumiałe. Wydaje się, że miał do załatwienia jakąś sprawę. Jedzenie było niezłe, szwedzki stół, (czułam się skrępowana), koktajle, (jak to pić?). (Wolskiego nie zaproszono,  bojąc się skandalu).

Obiecywałam sobie więcej po tym wydarzeniu, ale widocznie nic więcej zdarzyć się nie mogło. Zbieraliśmy się do wyjścia, podeszliśmy do tych z Ghany, a oni byli bardzo dla mnie mili. Wtedy Jerzy powiedział do mnie cicho, że wyjdę ze wszystkimi, poczekam na ulicy, a kiedy nikogo już nie będzie – wrócę. Co mi szkodzi?      

Tamci patrzyli wyczekująco, ale nie mieli wątpliwości. Wrócę. Wyszliśmy z Jerzym na ulicę, a on się usprawiedliwiał. Powiedział, że to ważna sprawa. Nic mi nie grozi. Posiedzę z nimi trochę, porozmawiam. Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Dlatego kiedy odszedł stałam przez chwile na chodniku zupełnie zdezorientowana. A potem nagły strach. Za chwile może być za późno. Wiedziałam co muszę zrobić. Umknąć. Szybko, najszybciej, biegiem.

Zbliżałam się do Górnośląskiej kiedy za sobą usłyszałam kroki. Jerzy. Niczego mi nie wyjaśnił. To przecież nie był jego pomysł. Podobno wrócił po mnie. Mnie nie było. Tamci kręcili się zawiedzeni, więc ich przeprosił. Trudno.

Jerzy był podniecony. Wyraźnie poczuł ulgę i był czuły. Całował mnie i tak objęci dotarliśmy  do kamienicy. Wejście było w głębokiej wnęce. Tam powinniśmy się  rozstać, ale Jerzy widocznie nie mógł. Nie od razu. Koniecznie musiał zrobić to. Dlatego ściągnął mi rajstopy. Broniłam się z obawy że ktoś nadejdzie, ale nie. Było zupełnie pusto, a cała ta szamotanina i to co się później stało  raczej nie trwało długo. Było już późno. Spieszył się. Pobiegnie, złapie pociąg. Zdąży.

 

 

Komentarze (18)

    • . .
    • 09 maja 2012, 12:17:39

    Jest Pani arystokratką przewrotną, kobietą absolutną, z wszczepem multiplikującej się na każdym słowie kokieterii. "PRL" jest pretekstem, tłem dla uwodzenia czytelnika olimpijską prostotą.

    Doskonałe.

  • Poprawić interpunkcję i będzie całkiem zgrabna opowieść; choć romansów nie pochwalam, pod żadnym pretekstem czy usprawiedliwieniem.

  • Kate, interpunkcja to dla mnie szukanie igły w stogu siana. Może jak będę miała mocniejsze okulary.

  • Kolejna świetna odsłona peerelowskiej rzeczywistości.I w tle Ghana,(chyba Centromor miał potem dobre kontrakty w Afryce)przewrotna agencja i biurowy romans:))Brawo.

  • Ok, myślałam, że dbałość tekst jest ważna również pod tym względem; że tak powiem - zawodowo się tym zajmuję i wszędzie mnie to razi.

  • wow :D uwielbiam gorące opowiadania :) bardzo z klimatem i czuje się emocje, Wando, poprawiłaś mi mój mroczny humor ostatnich dni...

  • To się cieszę

  • Jednym tchem!

  • Tak, fajnie się czytało.

  • Bije prawdą, a prawda zrobi z każdego - ciekawskiego. Pani proza szalenie pochłania. Miło. pozdrawiam

  • Paniom i Panu wdzieczna jestem za chęć przeczytania.

    • . .
    • 09 maja 2012, 21:17:10

    Ładnie się kończy. Widzę jak biegnie.

    • . .
    • 09 maja 2012, 23:40:35

    Estetyczne, emocjonujące, a nawet podniecające. Łapanie pociągu przewrotne. Pewnie znajdzie się kilka przecinków i literówek. Ciekawa przygoda!

  • No proszę! I jeszcze dwaj panowie! Dzięki.

  • Przeczytałem z przyjemnością.

  • No, no. Pochwała takiego fachowca...
    Tylko gdzie się podziały utwory? Będą nowe?

  • No, to tynf jest już w Pani posiadaniu:) Ja i fachowiec?

    Myślałem ostatnio, żeby stare na powrót wkleić, no ale po co odgrzewać kotlety?

    Coś piszę, ale cholerne materialne życie mi się posypało i mnie to rozprasza.

    pozdrowienia

  • Poprawiałam przez siedem miesięcy. Nie wiem, czy to jest wersja ostateczna.



    Agencja
    I
    Mieszkanie ciotki, która wynajmowała mi kąt z łóżkiem, położone dogodnie w centrum, przyciągało wieczorem wszelkiego rodzaju ćmy, facetów, którzy nie lubią samotności. Jednak prawdziwe życie było w biurze, gdzie byłam referentem od reklamy. Dzisiaj, to by się nazywało copywriter, ale nie znano jeszcze tego słowa. A słowo agent brzmiało podejrzanie.
    W biurze był Jerzy. Młody blondyn, kierownik działu. Szef. To nie był romans, tylko miłość. Gdy zostawaliśmy w biurze sami, siadałam mu na kolanach i całowaliśmy się. On był żonaty, ja samotna. No niezupełnie. Czasami, jak mówiłam, ktoś się trafił i wychodziłam wieczorami.
    Agencja Agpol, to biuro dość niezwykłe w tamtych czasach, bo zajmowało się reklamą. Ale wyłącznie na Zachodzie. Reklamą central handlu. W tym celu każdy z nas dostawał ograniczony przydział dewiz i musiał wydać te pieniądze w odpowiednim czasie. Ja zamieszczałam reklamę statków Centromoru w gazecie codziennej w Ghanie. (To też Zachód). W ten sposób pozbyłam się dolarów i mogłam czasem wyjść na miasto. Dość często wychodziłam z Jerzym. Pretekstem była zawsze jakaś ważna sprawa. Szliśmy objęci, przytuleni i mogliśmy powiedzieć sobie to, czego nie dało się powiedzieć w biurze. On opowiadał mi o żonie. Przecież dopiero się pobrali. Widziałam ją. Gdzie jej do mnie? Ubrana byłam biednie, ale modnie. I nie chowałam nóg pod biurkiem. Każdy z wchodzących do pokoju mężczyzn od razu zauważał, że nie nosiłam biustonosza.
    Jerzy przychodził do mnie tuż po pracy, kiedy nie było ciotki, ani lokatorów. Żona w tym czasie stała w kolejce po zakupy. I wszystko działo się w pośpiechu.. Potem jechali pod Warszawę. Ich pokój był wyziębiony, więc szybko rozpalali w piecu. Musiała byś zazdrosna, bo opowiadał o mnie. Kiedyś przyszła specjalnie pod budynek, żeby mnie zobaczyć. A niech tam. W przefarbowanym, czarnym misiu, w kozaczkach (co z tego, ze już stare), byłam szykowna, zgrabna . Ona w płaszczyku z przeszłej już epoki i w czymś w rodzaju kapelusza. Kiedy odeszli w swoją stronę, musiałam jednak się obejrzeć. Zajęci teraz już wyłącznie sobą szybko odeszli w stronę stacji.
    Czasem godziłam się na randki z kolegami z biura. Bo wszystko było lepsze niż to wyczekiwanie na Jerzego. Jerzy wziął ślub niedawno, wciąż jeszcze był tym podniecony i opowiadał mi co robił z żoną w domu po powrocie z pracy. Że gotowali razem obiad. Na szczęście na tym poprzestawał. Mówił, że nigdy o mnie nie przestaje myśleć, a jednak, było to dla mnie oczywiste; nie rozwiódł by się z żoną i nie ożenił ze mną.
    Umawiałam się z dziennikarzem o nazwisku Wolski, który wrócił z placówki w Moskwie. Alkoholik. Ktoś go umieścił w naszym biurze, no i on się pętał. Kiedyś poszliśmy na prywatkę. Pewno upiliśmy się bardzo szybko, bo nie pamiętam co się działo Wiem tylko, że towarzystwo było eleganckie, ze sfer partyjnych lub rządowych, willa, przed willą samochody, a Wolski skombinował kluczyk.
    Kradzionym samochodem jechaliśmy przez Warszawę w stronę Pragi i wcale się nie bałam, ruch wtedy nie był duży, a jednak milicjanci dopadli nas na Wiatracznej i kazali wysiąść. Nie wiem jak Wolski się usprawiedliwiał. Mnie milicjanci pozwolili odejść. Wolskiemu także nie groziła kara. Jak to załatwił – nie wiem. Spotkaliśmy się obydwoje w biurze następnego dnia, nikomu nic nie mówiąc o tym wydarzeniu.

    Jerzy z trudem ukrywał zazdrość, a przecież moja zażyłość z Wolskim to nic wielkiego. Tylko odwet. Za to, że opowiadał mi o żonie. O tym pokurczu w filcowym kapeluszu. Z nią był bezpieczny. A mnie kochał. Kochał naprawdę. Siedzi przy swoim biurku tuż przy oknie, z ukosa oświetlony słońcem, niby coś robi, niby pisze, a przecież myśli tylko o tym, jak tu się dzisiaj pozbyć żony. Która kolejka będzie dłuższa; po papier, czy po cukier? Zostawi ją, a sam popędzi Bracką, potem Wiejską do mnie.

    II
    W agencji pojawili się goście z Ghany. Dwóch zażywnych facetów, na pewno nie starych jeszcze, w długich zielonych, haftowanych szatach i zielonych myckach. Pokoje zwiedzali po kolei, a u nas zatrzymali się trochę dłużej rozmawiając z Jerzym. On, jeden z nielicznych w biurze znał angielski i chyba dlatego został szefem. To była ważna delegacja z ministerstwa Ghany, więc potem wszyscy, Jerzy też, zamknęli się u dyrektora. Dopiero pod koniec pracy Jerzy powiedział mi z tajemniczą miną, że będzie bankiet dziś w hotelu.
    Ubrałam się w obcisłą, czarną suknię mini, którą sama uszyłam niegdyś z aksamitu. Na nogach szpilki. Ale wieczorem mogło się ochłodzić, więc na to płaszczyk z ortalionu. Wydaje się, że wyglądałam nieźle. Kurczowo trzymałam się Jerzego.
    Nasi dostojni goście z Ghany tym razem ubrani byli w garnitury.
    Siedziałam cicho zawstydzona nieznajomością angielskiego i chyba nie budziłam zainteresowania, ale Jerzy zachowywał się dość nerwowo, co było zresztą zrozumiałe, bo miał do załatwienia jakąś sprawę. Jedzenie było niezłe, szwedzki stół, (czułam się skrępowana), koktajle, (jak to pić?). Wolskiego nie zaproszono bojąc się skandalu .
    Obiecywałam sobie więcej po tym wydarzeniu, ale wydaje się, nic więcej już się nie miało zdarzyć. Wychodząc, podeszliśmy do tych z Ghany, a oni byli bardzo mili. Wtedy Jerzy powiedział do mnie cicho, że wyjdę ze wszystkimi, poczekam na ulicy, a kiedy nikogo już nie będzie – wrócę. Co mi szkodzi?
    Tamci patrzyli wyczekująco, ale nie mieli wątpliwości. Wrócę. Wyszliśmy z Jerzym na ulicę, a on się usprawiedliwiał. Powiedział, że to ważna sprawa. Nic mi nie grozi. Posiedzę z nimi trochę, porozmawiam. Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Dlatego kiedy odszedł, stałam przez chwile na chodniku zupełnie zdezorientowana. A potem nagły strach. Za chwile może być za późno. Wiedziałam, co muszę zrobić. Umknąć z pod hotelu.

    Zbliżałam się do Górnośląskiej kiedy za sobą usłyszałam kroki. Jerzy. Niczego mi nie wyjaśnił. To przecież nie był jego pomysł. Podobno zaraz wrócił po mnie. Mnie nie było. Tamci kręcili się zawiedzeni, więc ich przeprosił. Trudno.
    A Jerzy był podniecony. Wyraźnie poczuł ulgę i był czuły. Całował mnie i tak objęci dotarliśmy do kamienicy. Wejście było w głębokiej wnęce. Tam trzeba się było rozstać, ale Jerzy widocznie nie mógł. Nie od razu. Koniecznie musiał zrobić to. Dlatego ściągnął mi rajstopy. Broniłam się z obawy że ktoś nadejdzie nagle, ale nie. Było zupełnie pusto, a cała ta szamotanina i to co się po niej stało, raczej nie trwało długo. Było już późno. Spieszył się. Pobiegnie, złapie pociąg. Zdąży.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się